Piszę o tym w kontekście tygodnia modlitw o jedność chrześcijan, który zaczyna się 18. stycznia. Jak pewnie wiecie, jedność chrześcijan leży mi bardzo na sercu. Jest to jedna z rzeczy, o jakie modlę się każdego dnia. Wiele osób pewnie zapyta dlaczego. Dla wielu nie wydaje się być rozbicie chrześcijaństwa żadnym problemem. Co więcej bardzo często bracia odłączeni, protestanci, chrześcijanie ewangeliczni posiadają głębszą wiarę, bardziej żyją Bogiem na co dzień i dają lepsze świadectwo chrześcijaństwu, niż przeciętny katolik. Na czym więc polega problem?
Otóż polega on na tym, że nawet jak ktoś sam szczerze szuka Boga, to szczerze może pobłądzić. Naszym celem jest zbawienie, osiągnięcie Nieba. Tymczasem wiele denominacji chrześcijańskich uczy takiego chrześcijaństwa, które wręcz zamyka drogę do zbawienia. Waśnie choćby doktryna „Raz zbawiony, zawsze zbawiony”. Bardzo wiele kościołów uczy takiego zrozumienia nauki Jezusa. Uczą, że jak raz się Go przyjęło za swego Pana i Zbawiciela, to nie ma praktycznie żadnego znaczenia, jak się żyje, co się robi, czy się wybiera drogę wąską i ciasną bramę, czy nie. Zbawienie ma się jak w banku.
To bardzo ponętna nauka. Nie trzeba by się martwić niczym, uważać, żeby nie zgrzeszyć, spowiedź nie ma sensu. Robi się co chce, bo się zaakceptowało Jezusa jako swego Zbawiciela. Zbawienie przecież jest darem, nie można na nie zapracować, prawda? Prawda, ale… Ten dar możemy przyjąć i możemy go odrzucić. A nie przyjmujemy go pustymi deklaracjami, ale właśnie uczynkami. Jezus wyraźnie powiedział:
Nie każdy, który Mi mówi: Panie, Panie!, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie. (Mt 7,21)
i w innym miejscu:
Czemu to wzywacie Mnie: Panie, Panie, a nie czynicie tego, co mówię? (Łk 6,46)